sobota, 24 października 2009

Ciągle w szpitalu ale...

...leczenia nie było. Cytosary - trzecia tura -muszą poczekać. Wyniki znowu spadły, tzn. mamy tylko 24 tys. płytek. I dlatego musi być przerwa w leczeniu. Jutro znowu kontrolna morfologia, potem ewentualnie dostaniemy płytki i - być może - do domu. Zobaczymy jutro.

Maciek ma znakomity humor, ciągle jest pełen energii. Nawet nie chce za często oglądać bajek w laptopie (przy naszym ostatnim pobycie laptop wręcz się przegrzewał), za to bardzo chętnie biega po korytarzu. Dzisiaj się ścigał i mówił "będę pierwszy".

Rano, po obudzeniu powiedziałam "Chodź, przytulę cię" a on mi na to "no dobra". Faceci!

On bardzo chce do domu i tęskni za Kubusiem. Rano oświadczył mi :"idziemy do domku". Żeby nie wyjść na wredną mamę która każe dziecku siedzieć w szpitalu, powiedziałam, że Pan Doktor nie puści nas jeszcze do domu. Na co Maciuś :"poprosimy o domek".

W ogóle moje dziecko zaczyna fascynować się czynnościami medycznymi, którym jest poddawany. Od dawna podczas badania zabiera naszej Pani doktor słuchawki i próbuje sam się badać. Uwielbia latarkę, przy pomocy której ogląda się gardło. Ostatnio z zachwytem przygląda się strzykawkom ("jaka malutka!" albo "ogromna!"). Kiedyś każde wejście do gabinetu zabiegowego było traumą i bardzo trzeba się było nakombinować, żeby to jakoś przetrwać (np. regularnie oglądaliśmy wtedy kalkulatory, jakimi dysponują panie pielęgniarki - używam liczby mnogiej, bo obejrzeliśmy chyba wszystkie - a Maciuś po wykonanym zabiegu mówił "oddamy później" i uszczęśliwiony, z cennym sprzętem w objęciach wracał do sali). Odkąd Maciek ma założone dojście centralne (vascuport), nie bywa już codziennie kłuty, bo z portu można i pobrać krew i podłączyć tam kroplówkę. Raz na tydzień trzeba jedynie wymienić igłę, ale to już drobiazg. Obecnie, kiedy jesteśmy proszeni do zabiegowego, Maciuś upewnia się tylko:"nie będzie kłucia?" a potem bez problemu pozwala siostrom robić to, co muszą. Pobierając dzieciom krew panie pielęgniarki mówią czasem, że będą łapać biedroneczki. To obrazowe porównanie bardzo zapadło Maciusiowi w pamięć i teraz kiedy np. dostaje dożylnie jakieś lekarstwo, chemię czy po prostu siostry przepłukują solą fizjologiczną dren, on mówi że "trzeba nakarmić biedroneczki". Wykorzystałam to porównanie tłumacząc mu kiedyś, dlaczego jest w szpitalu i musi brać lekarstwa - powiedziałam, że krew jest chora i musimy wyleczyć biedroneczki.
Apropos przyjmowania lekarstw - czasem zastanawiam się, czy tak nie zaczyna się lekomania . Maciuś z lubością wypija syropki ("lubię biseptolek") i zjada rozkruszone tabletki (nawet gdy słabo mi się rozkruszą on nie protestuje tylko stwierdza "chrupiące").

A teraz śpi. Zamierzam zrobić to samo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz