poniedziałek, 16 listopada 2009

Jednak szpital.

Niestety, musimy tu zostać dłużej niż dobę. Maćkowi znowu pogorszyły się wyniki - tzn. ma podwyższone transaminazy (enzymy wątrobowe) .Trzeba podleczyć wątrobę. To się zdarza w czasie chemioterapii, już to przechodziliśmy. Na razie, ku wielkiej radości Maciusia zaczęto mu podawać Hepatil ("to jest słodkie, to jest słodkie" - a to zwykła rozkruszona tabletka) i Essentiale Forte (kapsułki, z których muszę mu wyciskać takie gęste coś - "to jest dobre, mamusiu") ale niestety jednocześnie odstawiono ukochany "biseptolek". Na szczęście pozostał jeszcze Zyrtec ("sam wypiję, sam wypiję"). Spójrzmy prawdzie w oczy - moje dziecko jest lekomanem. Pocieszam się tylko, że nie jest jedyne (znam innych pacjentów, zakochanych w przyjmowanych lekach) i że kiedyś mu przejdzie. Poza tym, tak naprawdę to chyba lepiej, że nie muszę z nim walczyć o to, żeby przyjmował lekarstwa (niektórzy rodzice muszą).

Maciek już się trochę przyzwyczaił, że jesteśmy w szpitalu - tzn. nie płacze i nie gryzie. Bawi się tradycyjnym, ulubionym zestawem zabawek (autobus, garść klocków lego, gumowy słoń i hipopotam, lokomotywa Tomek i 2 wagoniki, Zygzak McQueen, kolorowanki, naklejanki, puzzle ze zwierzątkami). Oglądamy jakieś bajki. Chwilami powraca zabawa w lekarza - Maciek udaje, że mierzy sobie temperaturę. Robi to za pomocą zabawkowego sygnalizatora drogowego, w którym włącza światła, a potem wkłada go sobie do nogawki spodenek (z rękawem koszulki jakoś mu nie szlo - chyba za wąski). Czytamy (Maciek pokochał ostatnio "Słonia Trąbalskiego") i rozmawiamy. Bardzo gadatliwe mam dzieciątko, bardzo. W szpitalu często i mocno się przytulamy i przy tej okazji Maciuś usiłuje mi zaglądać w dekolt z rozmarzeniem mówiąc "Tu było mleczko". Czasem bywa to trochę krepujące, bo np. zdarza się w obecności grupy studentów medycyny. Ostatnio dodatkowo bywam poklepywana po brzuchu - do Maciusia dotarło, że kiedyś tu był ("tu był malutki Maciuś").
Jednym słowem - na razie się nie nudzimy. Pani Doktor mówi, że prawdopodobnie pobędziemy tu do piątku - więc może jakoś wytrzymamy.

Nasza obecność w szpitalu ma jeden plus (w pewnym sensie, oczywiście) - starszy brat Maćka, Kuba zaczął chorować. Lekarz nic tam nie widzi, jest trochę podwyższona temperatura i katar (wirus? przeziębienie?) ale lepiej, żeby chłopcy teraz nie byli razem. W naszym dwupokojowym mieszkaniu ciężko byłoby ich od siebie odizolować.

2 komentarze:

  1. Kasia, trzymam kciukasy za Wasze szybkie wyjście. Pozdrowienia od lekomanki Leny :)
    "Kiedy będzie moje lekarstwo"?
    :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Kasiu,
    Pozdrowienia z Wrocławia, to był świetny pomysł ten blog zawsze ci mówiłam że powinnaś pisać, masz taką lekkość w wyrażaniu myśli.
    Szkoda tylko że nie przy innej okazji...
    Myślimy o was baaaaardzo ciepło, będzie dobrze
    ewa

    OdpowiedzUsuń