piątek, 13 listopada 2009

Jesteśmy potwornie zmęczeni.

To był trudny tydzień.

Od wtorku codzienne wizyty w szpitalu, na oddziale dziennym. Trzeba tam przyjechać rano (można nawet o 7.00), a żeby zdążyć przejechać przed korkami trzeba też odpowiednio wcześnie wstać (my jeździmy z Tarchomina i na naszej trasie do szpitala mamy różne "atrakcje" drogowe w postaci remontów, przebudowy, bus pasa na Trasie Łazienkowskiej...). W szpitalu z kolei nigdy nie wiadomo, jak długo trzeba będzie posiedzieć - bo np. trzeba czekać na podłączenie kroplówki/ na przyjście lekarza/ na pobranie krwi do badań/ na wyniki tych badań/ itp. Czasami udawało nam się wyjść o 11.00 ale była też i 13.00. Po szpitalu Robert odwozi nas do domu a sam jedzie do pracy (gdzie przecież nie odpoczywa). W tym tygodniu dodatkowo zaliczyliśmy dwie wieczorne wizyty na oddziale - bo w drenie pojawiało się trochę krwi, ona się jakoś cofała z igły i trzeba było to przepłukiwać. Więc - jesteśmy padnięci. Wszyscy. Jutro mamy dzień przerwy a w niedzielę znowu do szpitala. Zrobią nam morfologię, i jeśli wyniki będą dobre to Maciuś dostanie Endoxan i 24 - godzinną płukankę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w poniedziałek wrócimy do domu. A potem - teoretycznie - 2-tygodniowa przerwa, pewnie już o tym pisałam. Cóż, zobaczymy.

Jutro niestety wyjeżdża babcia. Bardzo nam pomaga, zajmuje się wszystkim gdy jesteśmy w szpitalu. Teraz musi jechać do siebie, do Wrocławia , ale za 2 tygodnie wraca. A my musimy jakoś przetrwać bez niej. Co może być trudne...ale spróbujemy.

Bardzo to wszystko jest męczące. Spotykam w szpitalu różne znajome dzieci i ich rodziców. Dzieciaki są na różnych etapach leczenia. W kontakcie z nimi uświadamiam sobie, ile jeszcze przed nami miesięcy leczenia, wizyt w szpitalu, kroplówek, możliwych powikłań.... Wiem oczywiście, że sporo już za nami - minęło 2,5 miesiąca leczenia - ale...
Po prostu jestem zmęczona. Wszyscy jesteśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz