piątek, 27 listopada 2009

W domu - cd.

To był męczący tydzień. Teoretycznie - urlop od szpitala. W praktyce - 3 razy byliśmy rano na oddziale dziennym, żeby zrobić morfologię i ewentualnie przetoczyć krew lub płytki . Wyniki Maćka falowały - hemoglobina trochę spadła, ale potem poszła do góry, płytek też było mało, ale urosły. Tydzień minął więc bez żadnego przetoczenia, a w czwartek wypisali nas do domu z hemoglobiną 9,2 i 485 tys.płytek ale tylko ze 100 granulocytami - co oznacza prawie żadną odporność. No więc chuchamy i dmuchamy, izolujemy się od wszelkich możliwych zagrożeń i mam nadzieję, że wytrzymamy do poniedziałku, kiedy znowu mamy się pojawić na oddziale dziennym. Na kolejną morfologię i ewentualne rozpoczęcie następnego etapu leczenia. Jeśli wyniki będą odpowiednie, przez tydzień Maciek będzie dostawał w domu doustną chemię a potem czekają nas 4 dni w szpitalu (i dożylnie Metotrexat plus non stop kroplówki) i 10 dni przerwy - i tak 4 razy. Zobaczymy, może się uda.
Tydzień był męczący, bo:
  • poranne wstawanie, żeby zdążyć dojechać przed największymi korkami, a poza tym im wcześniej na oddziale tym lepiej (można zająć sobie łóżko, jest szansa na wcześniejsze pobranie krwi - czyli na szybsze otrzymanie wyniku)
  • wisiała nad nami ewentualność toczenia krwi lub płytek czyli konieczność spędzenia w szpitalu całego dnia - więc trzeba było dźwigać jedzenie, picie, zabawki, książki, kolorowanki, komputer, kapcie i setki innych rzeczy, które mogłyby się okazać przydatne (a wcześniej trzeba to spakować a jeszcze potem zanieść na górę, co wbrew pozorom jest problemem, kiedy jednocześnie niesie się na ręku 15 -kilogramowe dziecko a chce się ominąć jedyną ostatnio działającą w szpitalu windę - bo trzeba do niej przejść przez zatłoczoną chorymi dziećmi izbę przyjęć)
  • zdarzyła nam się też wieczorna wizyta w szpitalu - oczywiście w drenie pojawiła się krew, trzeba było to przepłukać (Maciek tak szaleje, że krew mu się cofa, po prostu); na szczęście Pani Doktor Dyżurująca zgodziła się, żeby tą igłę po prostu wyjąć
  • w domu - pandemonium organizacyjne - babcia jeszcze nie wróciła, Kubuś w tym tygodniu nie chodził do szkoły (do zerówki - chciałam, żeby się wzmocnił po chorobie, żeby nie wracał od razu do grupy, w której sporo dzieciaków choruje), nie mieliśmy z kim go zostawić ,więc do szpitala jeździliśmy wszyscy; oczywiście Kuba z tatą nie wchodził do szpitala, znajdowali sobie jakieś ciekawe zajęcia, ale ...
Przepraszam, że tak marudzę, ale zwyczajnie jestem padnięta. Fizycznie. Cieszę się, że Maciuś dobrze się czuje (niezależnie od wyników morfologii), że biega, śmieje się... Niesamowitą radość daje mi obserwowanie bawiących się chłopaków, takie codzienne zwyczajne bycie z nimi, normalne domowe czynności i zajęcia... Tylko że po prostu jestem zmęczona. Od początku choroby jakoś - "się trzymam", daję sobie radę, ogarniam to, co muszę, opiekuję się, organizuję... a teraz chyba zaczyna mnie dopadać zmęczenie. To przejściowe (mam nadzieję!) , tak jak wypadanie włosów - pewnie efekt stresu, tej ciągłej adrenaliny. Więc wybaczcie to marudzenie - muszę jakoś odreagować.

W niedzielę wraca babcia - będzie łatwiej.

A chłopcy ciągle w niezłej komitywie. Malują farbami (Maciek to pokochał), budują z klocków lego, biegają... Dzisiaj spędzili 2 godziny przy stole bawiąc się ciastoliną - dla Maćka był to pierwszy raz, dla Kuby - po długiej przerwie. Tak bardzo im się to podobało, że nie chcieli przestać.

Nic dziwnego, że Maciuś gdy słyszy o szpitalu mówi "Nie pojedziemy do szpitala. Wolę w domku". Dobrze mu tutaj.


A ten obrazek - dzieło Maćka - oczywiście autobus.

1 komentarz:

  1. Zaraz będzie ciut łatwiej - zobaczysz.
    Przynajmniej od szpitala odpoczniecie :)

    OdpowiedzUsuń