środa, 30 grudnia 2009

To się chyba nazywa rollercoaster...

....raz pędzisz w dół na łeb, na szyję żeby za chwilę poszybować stromo w górę. Nigdy tego nie próbowałam a to, czego doświadczyłam w kinie IMAX obserwując jazdę kolejką górską, niespecjalnie przekonało mnie do jej spróbowania. Teraz jednak mam taki prywatny rollercoaster na co dzień.
Wczoraj nie wiedziałam, co się dzieje z Maćkiem, przeraziła mnie jego gorączka a zachowanie (leżenie w łóżku bez uśmiechania się, bez rozmawiania, bez zabawek, nawet bez zmieniania pozycji ciała) przypomniało trochę początki choroby (czyli coś, co wyglądało na sepsę) i okropnie przygnębiło. Ale - noc i kolejny dzień minęły bez gorączki, bez objawów infekcji, w niezłym nastroju. Maciek wygląda i zachowuje się normalnie (czyli tak jak zwykle w szpitalu). Ma apetyt. Pojawił się jedynie problem z siusianiem - ale to chyba jakieś niewielkie, powierzchniowe, mechaniczne uszkodzenie skóry. Pan urolog zalecil jedynie okłady z rivanolu.
Czyli - czekamy na wyniki kolejnych badań i ewentualny rozwój sytuacji (oby nie stało się już nic).

Tyle na dzisiaj. Maciuś zasnął tuz przed 23.00 w związku z czym jestem padnięta. Dobranoc.

1 komentarz:

  1. Ja jeździłam na rollercoasterze. Niestety różnica jest zasadnicza. Tam zawsze wiadomo kiedy będzie górka - widać ją z daleka. Poza tym widać ludzi, którzy cali i zdrowi z niego wychodzą.
    W naszym przypadku ani jedno ani drugie nie jest pewne :/. To taki rollercoster z zawiązanymi oczami i bez znajomości przebiegu trasy, na dodatek na kolejce bez atestów i w Kraju Trzeciego Świata :)
    W związku z powyższym jestem absolutnie za tym by podejść do choroby jak do NORMALNEGO rollercoastera. Górka będzie ZA CHWILĘ i wszyscy z tej kolejki wysiądziemy CALI i ZDROWI.
    Buziaki Noworoczne

    OdpowiedzUsuń