wtorek, 19 stycznia 2010

W pewnym sensie jesteśmy w domu...

...to znaczy na hematologii. Odetchnęłam z ulgą. Pani Doktor przeniosła nas tu w tempie ekspresowym jak tylko zwolniło się miejsce. Od razu zrobiono masę badań, Maciek dostał płyn, potem albuminy, a na końcu wór z żywieniem pozajelitowym. Dzisiaj  już nie wymiotował i biegunki też nie było od rana. Nawet trochę zjadł - 3 biszkopty i kilka łyżek kaszy (domagał się też innych rzeczy, po prostu jest głodny). Wygląda lepiej i nie śpi już non stop. Fantastycznie jest widzieć go siedzącego o własnych siłach , rozmawiającego, domagającego się kolejnych zabawek. Pod koniec dnia zażądał "pieniążka do skarbonki" (ma tak jak Kuba świnkę skarbonkę) a potem otrzymanych 5 groszy nie chciał wypuścić z dłoni. Nawet z nimi zasnął, przed chwilą musiałam mu je po kryjomu odebrać (wiecie, mógłby je zjeść przez pomyłkę). Więc - chyba  idzie ku dobremu.

W domu za to panuje jakiś katar, dopadł  Roberta i  babcię. Może  nawet dobrze,że nas tam teraz nie ma (choć może lepiej leczyć katar niż rotawirusa..). W związku z tym dzisiaj  nie miał mi kto zrobić zakupów i szczerze mówiąc nie miałam za wiele jedzenia, ale od czego są przyjaciele - Dorotka, wielkie dzięki za prowiant ! (a Twoja Babcia robi naprawdę niezłe kotlety).

Trzymajcie dalej kciuki, to nam dobrze robi :-)

2 komentarze:

  1. A nie mówiłam! ;)
    Zaraz Maciek wetnie kotleta, zobaczysz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu cały czas trzymam mocno kciuki. Tak mocno, ze nie mogę pracować. Jeśli jestem potrzebna, daj znać Ania K.

    OdpowiedzUsuń