wtorek, 9 lutego 2010

Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Już wczoraj myślałam, żeby tak zatytułować tego posta, ale oczywiście nie wyrobiłam się z pisaniem. Jakoś nie ułatwia nam los życia codziennego, w ogóle. A jak coś ma się sypać, to leci po kolei.
Jak wiecie, byliśmy na przepustce. Miałam nadzieję, że uda się nam przetrwać w pełnym zdrowiu, ale nie ma lekko. Oczywiście przyplątał się jakiś kaszel, Maciek zrobił się lekko podgorączkowy, ale ciągle zachowywał dobry humor, apetyt, energię. W nocy z niedzieli na poniedziałek nagle pojawiło się 38,4 - ale rano po temperaturze nie było już śladu. W poniedziałek w szpitalu kazano nam pójść na oddział dzienny, żeby zbadać, czy Maciuś może być leczony chemicznie, czy nie ma jakiejś infekcji. O dziwo, okazało się, że wszystko jest dobrze - morfologia super, a CRP 1,1 (norma 0-1). Czyli teoretycznie mogliśmy rozpocząć wreszcie ten ostatni Metotrexat. Teoretycznie, bo kiedy wreszcie dostaliśmy wyniki, była godz.14 (laboratorium miało  wczoraj obsuwy z robieniem niektórych analiz) i nie było już wolnych łóżek na oddziałach. Wróciliśmy do domu, żeby czekać na zwolnienie się łóżeczka , co stało się dzisiaj. Więc - jesteśmy w szpitalu, jutro czeka nas nakłucie i podłączenie kroplówki na kolejne 4 dni.

Tymczasem w domu mamy trudności organizacyjne. Od początku lutego funkcjonujemy bez babci, która pojechała do siebie, do Wrocławia. Kuba, dzięki dobremu sercu Pani Dyrektor, przez ferie chodzi do swojego starego przedszkola (niepublicznego) - bo szkoła przecież nie pracuje, a on potrzebuje opieki wtedy, gdy ja jestem z Maćkiem w szpitalu (zresztą Kubuś uwielbia to przedszkole, kocha tamtejszą kuchnię, zjada wszystko - gdyby zajmowali się cateringiem, byłabym stałą klientką). Odbiera go stamtąd  nasza koleżanka, Dorota - jej synek  Kubuś też chodzi do tego przedszkola. Kuba zostaje u nich trochę czekając na powrót Roberta - bardzo to czekanie lubi. Teraz niestety ta prawie idealnie funkcjonująca  machina posypała się  - Kuba się pochorował. Miał jakiś minimalny katar, potem trochę kaszlał, a dzisiaj w nocy nagle skoczyła mu temperatura  - do 39,6. Obniżyliśmy ją i w ciągu dnia było OK, nie widać jakichś szczególnych objawów choroby, ale nie wiadomo co się dzieje. Oczywiście na dzisiaj nie udało nam się zarejestrować do pediatry, wizyta będzie dopiero jutro rano. Teraz trzeba tylko obniżać gorączkę i czekać.  W związku z tym dzisiaj znowu szarpanina - jak się rozdwoić, albo jeszcze lepiej sklonować w kilku egzemplarzach, żeby dać radę ze wszystkim. Na szczęście udało się. Gdy Robert odwoził nas do szpitala z Kubusiem została Ania, moja koleżanka z pracy. Wieczorem przyjedzie dziadek, który zaopiekuje się Kubą w najbliższych dniach, a w czasie gdy Robert pojedzie po niego  na dworzec (czyli chyba w tej chwili ) posiedzi u nas sąsiad , Rafał (tata wspominanego wcześniej Kubusia, kumpla z przedszkola).  Uff. Na razie sytuacja opanowana. Wstępnie. Żeby jeszcze u Kuby nie działo się nic poważnego, niech te dni w szpitalu miną szybko  i bez powikłań. Trzymajcie kciuki.

Fatalnie jest nie mieć w Warszawie żadnej rodziny. I fantastycznie jest mieć dobrych sąsiadów, kolegów, przyjaciół, którzy pomagają bez zbędnych pytań i ceregieli. To daje siłę, naprawdę. DZIĘKUJĘ. :-))))

3 komentarze:

  1. Jak widać- dobrych ludzi jednak jest sporo!!! I takich dobrych i życzliwych zyczę Wam pod dostatkiem. A za chłopców oczywiscie kciuki zacisniete i moc pozytywnej energii do Was płynie!!!
    Gocha

    OdpowiedzUsuń
  2. Też to znam z autopsji. Można odzyskać wiarę w ludzi.A to pomaga i to baaaaardzo :)))
    Trzymam mocno kciuki za Kubusia.
    Maciek daje radę, ale dla niego też duzo ciepelka przesyłam.
    My tez walczymy z jakąs cholerą przy niskich leukocytach - mimo, że niby na podtrzymującej to luz miał być

    OdpowiedzUsuń
  3. brawa dla tych którzy Wam pomagają i będę miec nadzieję, że zawsze będą przy Was aby Was wesprzeć,trzymam kciuki za Maciusia i za Was abyście nie tracili sił i nadzieji, Marta

    OdpowiedzUsuń