czwartek, 18 lutego 2010

Nie ma lekko

Ten post będzie trochę sprawozdawczo - informacyjny. Nie pisałam ostatnio, dopadło mnie jakieś gigantyczne zmęczenie, niemoc, coś jakby przesilenie zimowo - wiosenne (choć za oknem jeszcze śnieg w ilościach wręcz hurtowych). Ale do rzeczy.
Zakończyliśmy czwarty, wyczekany (ostatni!) metotrexat. Planowo wyszliśmy ze szpitala.Teoretycznie mieliśmy mieć 2 tygodnie przerwy. Ale od razu tego samego popołudnia Maciek zaczął mieć katar (i to dość ostry), a na drugi dzień - kaszel. Na szczęście nie dostał gorączki, temperatura cały czas była normalna. Leczyliśmy go tak jak ostatnio, tzn. inhalacje, witamina c, zyrtec, dużo płynów, syrop wykrztuśny. Dotrwaliśmy w ten sposób do wtorku, do wizyty kontrolnej w oddziale dziennym. Maciek był już wtedy w niezłej formie, choć jeszcze trochę kaszlał. Oczywiście  - w gardle nic, osłuchowo bez zmian. Wyniki morfologii dobre - białych  krwinek 4,8 tys., hemoglobina 11,1, płytek 245 tys., granulocytów 1,9 tys. Ale transaminazy znowu poszły w górę - do 500 (normy są zdecydowanie dwucyfrowe). Musimy więc znowu leczyć Maciusiową wątróbkę. Oznacza to codzienne przyjazdy do szpitala na oddział dzienny na dożylne podanie leku (Hepa-Merz), leki doustne w domu i mocno lekkostrawną dietę. Z takimi wynikami ostatnio leżeliśmy w szpitalu (choć wtedy było gorzej - transaminazy urosły do 800) ale teraz Pani Doktor nie chce nas kłaść w oddziale, pewnie w obawie przed infekcjami, które się tam panoszą. No więc - leczymy się. Jutro pobiorą Maćkowi krew  i znowu skontrolują poziom tych transaminaz. Oby był lepszy.

Jakoś nam nie wychodzą te planowe przerwy w leczeniu. Jeszcze żadna nie przebiegała bez zakłóceń, infekcji, wizyt czy tez pobytów w szpitalu. Ostatnio jak słyszę słowo "przerwa" to zastanawiam się, czy już się bać...

Swoją drogą mam coraz mniej pomysłów na to, co mogę ugotować lekkostrawnego i oszczędzającego wątrobę a jednocześnie smacznego i atrakcyjnego dla marudzącego sześciolatka (bo pełnoletnia reszta rodziny się dostosuje). Chłopcy jadają razem. I tu jest pies pogrzebany. Maćkowi nie jestem już w stanie wmówić, że jego mięsko (ugotowane rzecz jasna) to taki sam kotlecik jak usmażony panierowany Kubusia. Z kolei Kuba nie zawsze chce jeść lekkie obiadki Maćka. Jestem co prawda niezła w oszukiwaniu, np. "podrabiam" soczki w kartonikach (Maciuś czasami mało pije, trzeba się napracować żeby go skusić jakimś napojem - opróżniam wtedy kartonik, zostawiam symboliczną ilość soku i dopełniam wodą przy użyciu strzykawki), ale nie da się tak ze wszystkim.

Jedyne co w tym wszystkim dobre to fakt, że jednak mimo wszystko jesteśmy w domu. Chłopcy się bawią, czasem wręcz szaleją, biegają, krzyczą. Kuba jest spragniony towarzystwa, bo nie chodzi teraz do szkoły - jego infekcja skończyła się jednak antybiotykiem, teraz dochodzi do siebie (właściwie już doszedł - energii ma już tak dużo, że aż go roznosi czasami). Są razem, czasem w wielkiej miłości, porozumieniu, zabawie, czasem - w awanturze.
Maciek wszedł w okres papugi - powtarza różne słowa, zwroty, które z jakiegoś powodu mu się podobają. Bywa to stresujące i krępujące chwilami, bo powtarza rzeczy niezbyt eleganckie. "Ale czad" jest całkiem, całkiem, ale już "bo dostaniesz w jija"(wymowa autentyczna) wywołuje moją konsternację (do tej  pory zastanawiam się, gdzie on to usłyszał - ja tak nie mówię, Robert- kierowca mówi różne rzeczy prowadząc samochód, ale chyba nie aż takie, Kuba - raczej nie, więc może usłyszał w telewizji?). Zdarza się jeszcze "gdzie jest ten chojejny klocek" albo "k***e święta" (najprawdopodobniej skrót myślowy od "k***e" i "matko święta") i inne kwiatki. Przyznam, że nasze kochane maleństwo i jego odzywki wprawiają mnie czasami w osłupienie i zawstydzenie - bo co ludzie pomyślą, a tu by trzeba w dodatku nie wzmacniać efektu i nie reagować, tylko ignorować, co bywa trudne, gdy świadkami wypowiedzi Maciusia są np.ludzie jadący tą samą windą i z dużym zainteresowaniem śledzący naszą konwersację.

Znowu  proszę Was o to samo - trzymajcie kciuki za Maćkową wątróbkę!



5 komentarzy:

  1. jestem cichutkim obserwatorem Waszego bloga, mam 10cio miesięcznego synka i strasznie mocno Wam kibicuje i 3mam kciuki!!!
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też często i anonimowo do Was zaglądam. Kciukasy oczywiście zaciśnięte- także u bliższej i dalszej rodzinki i znajomych (dobrowolnie oczywiście przymuszonych :-). A co do brzydkich słów nic nie przebije mojej córeczki, która w wieku dwóch lat jadąc w autobusie w okresie świątecznym bardzo radośnie wołała na widok każdego oświetlonego drzewka: "mamusiu!!!! ziobać!!! tu choinka... i tu teś choinka!!! o ku..a nawet tu choinka!!!" Nie muszę chyba mówić,jak próbowałam się wtedy schować ze wstydu pod siedzeniem. Chyba wszystkie dzieci muszą przejść taki okres brzydkich wyrazów- i na szczęście z niego wyrastają.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejni podglądacze bloga meldują trzymanie kciuków!!! Tym razem za wątróbkę Maciusia :)
    Pozdrawiam
    Edyta

    OdpowiedzUsuń
  4. Kciuki zaciśnięte bbbbbbbb mocno!!!
    ewa

    OdpowiedzUsuń
  5. Piszę pierwszy raz ale zaglądam tu co najmniej raz na tydzień
    Zaciskam kciuki z całych sił!!!

    OdpowiedzUsuń