piątek, 5 lutego 2010

W domu!

Co prawda tylko do poniedziałku, ale zawsze to coś. Wyszliśmy wczoraj. I mam nadzieję że tym razem obędzie się bez żadnych przygód i konieczności wcześniejszego zameldowania się na Litewskiej.

Wątróbka Maciusia wróciła do względnej normy, cytomegalii nie stwierdzono, z vascuportem jednak wszystko w porządku. Teraz jeszcze tylko musimy dotrwać w zdrowiu i dobrej formie fizycznej do poniedziałku czyli do rozpoczęcia czwartego (ostatniego!)  Metotrexatu.

Maciuś cieszy się domem, zabawkami, Kubusiem. Ostatnio strasznie fajnie się śmieje - głośno, zaraźliwie,  w sposób,  który trudno opisać, ale który zawsze mnie rozbawia i wzrusza jednocześnie. Bawi się słowami, czasem chodzi powtarzając te, które mu się podobają i śmieje się sam do siebie - np. "A to heca kawał pieca"  (takie powiedzonko wymyśliłam kiedyś, tłumacząc Kubusiowi, czym są rymy), albo - "Co ty na to, a ja na to jak na lato". Od wczoraj furorę robi też określenie "rekin ciapowaty". Jedną z ulubionych książek Maćka jest ilustrowana angielska o rekinach. Jest tam wiele rekinów , czasem wyjątkowo dziwnych, których nazwy próbujemy Maćkowi  tłumaczyć. Nie zawsze jest to proste, bo te nazwy bywają nieoczywiste a nasza angielszczyzna - niedoskonała. Dziecko jednak tak długo dopytuje o każdego rekina na obrazku, że w przypływie natchnienia i odruchu desperacji Robert nazwał jednego z tych dziwnych ciapowatym. Maćkowi tak bardzo się to spodobało, że  dostał wręcz czegoś w rodzaju głupawki. A sformułowanie "rekin ciapowaty" powtarza sobie z wyraźną lubością do dzisiaj.
W ogóle chwilami komunikuje się z nami jak dużo starsze dziecko. W jego mowie widać niestety efekty oddziaływania brata. Ostatnio zdarzyło mu się powiedzieć do mnie "Masz jakiś problem, mamo? " ( kurczę, prawie jak zbuntowany nastolatek!) - ani ja ani Robert nie mówimy w ten sposób, to musiał być Kuba. A dzisiaj  po kąpieli ubierany Maciek jak zwykle wierzgał nogami na przewijaku (jak kazde dziecko - uwielbia to),  kopiąc przy okazji ojca po brzuchu i gdy Robert powiedział, żeby tego nie robił, usłyszał od naszego słodkiego dwulatka "Nie bądź jak mama" (bo to ja najczęściej "zrzędzę" mu na ten temat - przy każdym przewijaniu, myciu, ubieraniu jestem kopana w splot słoneczny - bo na tej wysokości są nóżki Maciejka). Jak widzicie, dziecko mamy urocze i wygadane. Aż boję się myśleć, co będzie za czas jakiś.

Więc - mamy weekend, cieszymy się wolnością i sobą. Czego i Wam życzę z całego serca.

Gwoli informacji - pisałam wcześniej o zbiórce krwi organizowanej przez rodziców Majki, koleżanki Maćka - uzbierano 20 litrów krwi.

1 komentarz:

  1. Fajnie! Zawsze co parę dni w domu, to parę dni w domu :)

    OdpowiedzUsuń