niedziela, 25 kwietnia 2010

Endoxan - zaliczony.

Wybaczcie przerwę w pisaniu, nie wyrabiam się organizacyjnie. Znowu zostaliśmy bez pomocy - dziadek wyjechał, babcia nie przyjedzie i musimy sobie radzić sami. Jakoś dajemy radę, ale czasu i sił na pisanie mam zdecydowanie mniej.

Przetrwaliśmy tydzień, Maciek w coraz lepszej formie fizycznej i znakomitym nastroju, ja - bliska paranoi. Cały czas zastanawiałam się, czy wszystko z nim w porządku, czy nie robi się bledszy...Oglądałam go z wszystkich stron, mimo że w jego zachowaniu nie było nic szczególnie niepokojącego. Po prostu po miesiącu spędzonym w szpitalu i ciągłych badaniach, tydzień bez kłucia i pobierania krwi wywołuje potężny niepokój.
W piątek zgłosiliśmy się do szpitala. Maciuś - oczywiście - wydawał mi się blady, ale jego wyniki były wystarczająco dobre (hemoglobina 11,1,  3200 leukocytów,  140 tys. płytek) żeby mógł dostać Endoxan. Spędziliśmy na Onkologii dobę i od wczoraj jesteśmy w domu. Nie zostaliśmy wypisani, ale mamy przepustkę - od dzisiaj do środy musimy zgłaszać się do szpitala codziennie na Cytosary (tzn. na wykonanie potrzebnych badań i dożylne podanie leku - właśnie Cytosarów). Potem po trzech dniach przerwy kolejne 4 dni Cytosarów. Endoxan i Cytosary wpływają na obniżenie parametrów krwi, tzn.spada hemoglobina, ilość białych krwinek, płytek - niewykluczone więc, że czeka nas jeszcze jakiś "dołek". Mam nadzieję jednak, że nie aż tak głęboki...
A tak w ogóle, to  w perspektywie już nie tak odległej zaczął majaczyć - aż boję się to napisać - koniec. To znaczy koniec intensywnego, planowego  leczenia szpitalnego. Będą oczywiście kontrolne badania, wizyty na oddziale dziennym, nakłucia, chemia doustna przyjmowana przez półtora roku (to się nazywa leczenie podtrzymujące). A potem jeszcze trzeba będzie poczekać pięć lat, i jeśli w tym czasie nie będzie nawrotu, to znaczy że chyba można odetchnąć z ulgą.... Ale gdzie nam jeszcze do tego. Stop, wróć, na razie koncentrujemy się na Cytosarach. Żeby przejść je  bez potknięć. Trzymajcie kciuki.

Najbliższe dwa tygodnie będą trudne organizacyjnie. Jesteśmy sami, bez pomocy, a codziennie musimy być w szpitalu (w dodatku nigdy nie wiadomo, ile czasu tam spędzimy), Robert - w pracy, Kubuś w przedszkolu... Nie będzie łatwo. Nie zdziwcie się więc, jeśli posty będą rzadsze. Pozdrawiam.

A wiosna taka piękna, prawda? Bardzo bym chciała pojechać w góry...

Kilka fotek. Bracia w całej okazałości.



Aha, prawie bym zapomniała, przecież byłam dzisiaj z Maćkiem na spacerze! On tak dawno nie wychodził - najpierw miesiąc siedzenia w szpitalu, potem antybiotyk w domu...  Był tym spacerem zachwycony - motylkami, kwiatkami, samolotem na niebie, samodzielnym pchaniem wózka...




 

4 komentarze:

  1. Kochani, żadnych dołków nie będzie ja w to bardzo mocno wierzę.Wspaniali chłopcy!
    Pozdrawiamy serdecznie
    Sylwia

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasia, wiem, ze nie jestem najlepszym przepowiadaczem, ale teraz już raczej dołka nie będzie :))). Dojedziecie do końca zaraz i tylko będziesz wspominać ten koszmar patrząc na zdjęcia bezwłosego i bezbrewego dziecka. Widziałaś moje ostatnie wspominki fotograficzne? U Was będzie za chwilę to samo.
    Caus dla dzielnego chłopaka - może jutro się widzimy?

    OdpowiedzUsuń
  3. No ja myślę że tym samolotem, żadne tam kwiatki i motylki! Samoloty zachwycają! O! : )

    Będzie dobrze! Żadnych dołków, same górki : )

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się,że wszystko idzie zgodnie z planem.Wyglądacie świetnie i oby tak dalej. Serdecznie Was wszystkich pozdrawiamy, trzymajcie się dzielnie:) ewa

    OdpowiedzUsuń