niedziela, 26 września 2010

To i owo, głównie o zdrowiu

Kolejne nakłucie, czwarte, za nami. Byłam święcie przekonana, że to już nasze ostatnie. A tu klops. Zostały nam jeszcze dwa, zaległe. Kompletnie o tym zapomniałam - Maćkowi nie zrobiono dwóch nakłuć pod koniec leczenia, nie pamiętam już z jakiego powodu.... Czytając wypisy zwracałam uwagę głównie na wyniki badań, inne cyferki jakoś mnie nie interesowały. A taką miałam nadzieję, że zbliża się już pożegnanie z oddziałem... Tymczasem - rozczarowanie.  Podobno z euforią zawsze można poczekać, nie można cieszyć się zbyt wcześnie....

Zaliczyliśmy ostatnio dobę na Litewskiej, na oddziale nefrologii (na hematologii i onkologii nie było wolnych miejsc) - Maciek wymiotował dość ostro i odwodnił się.  Nie wiadomo dlaczego tak się stało, w badaniach nic nie wyszło. Po przyjechaniu do szpitala wymioty ustały jak ręką odjął, ale Maciek i tak musiał zostać nawodniony. Ciężko było mi się odnaleźć w warunkach szpitalnych po tych kilku ostatnich "zdrowych" miesiącach, miałam problem nawet ze spakowaniem torby (a kiedyś mogłam to robić ekspresowo, z zamkniętymi oczami, w środku nocy...). Cóż - przeżyliśmy. Obyśmy już nie musieli tam wracać.

Tymczasem sezon infekcyjny został rozpoczęty. Kuba właśnie przeszedł zapalenie oskrzeli. Rozwinęło się w dwa dni, bez gorączki, ale za to z obturacją, świstami, problemami z oddychaniem (pediatra powiedział,  że gdyby zaczął się dusić, mamy wezwać pogotowie)...Teraz jest już dobrze, w poniedziałek Kubuś pójdzie do szkoły, ale początkowo bardzo nas przestraszył, bardzo.
Ja oczywiście miałam etap katowania się  myślami, że być może coś przeoczyłam, nie zwróciłam uwagi na jakiś objaw...Stanowczo, muszę coś zrobić ze sobą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz