sobota, 4 grudnia 2010

Zimowo, oj zimowo...

To pierwsza świadoma zima Maćka - ostatnią oglądał przez szybę, a wcześniej był zbyt mały, żeby cokolwiek pamiętać. Wreszcie śnieg przestał być dla niego abstrakcją. I Maciuś po prostu się w nim zakochał. Ubiegły weekend spędzaliśmy u dziadków, na wsi niedaleko Kielc. Śnieg padał pięknie - chłopcy nie chcieli wracać do domu, usiłowali robić bałwana, rzucali śnieżkami, próbowali  odśnieżać podwórko przy pomocy różnych dziadkowych narzędzi (oj, chyba nie takie efekty odśnieżania wyobrażał sobie dziadek ...), włazili w najgłębsze zaspy a nawet robili orzełki (oczywiście ja - panikarz - natychmiast wyobraziłam sobie, co też można sobie przeziębić przy tej okazji, ale Maciek miał na to taką straszną ochotę, że pozwoliłam, na krótką chwilę, tuż przed powrotem do domu). Śnieżne potwory - tak o sobie mówili.

Niestety "uroki" tak śnieżnej  zimy dobitnie dały nam się w kość w trakcie poniedziałkowego powrotu do Warszawy - zamiast jakichś 3 godzin jechaliśmy 10. Było koszmarnie wolno, totalna bezsilność. Na szczęście chłopcy znieśli tą wydłużoną podróż bardzo dzielnie. Bez jęczenia i marudzenia. Byli naprawdę fantastyczni.

W kwestii zdrowia - byliśmy w piątek na oddziale dziennym , zrobiono Maćkowi badania, m.in. usg naczyń. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to w poniedziałek pójdziemy do szpitala na wyjęcie vascuportu. Piszę - jeśli - bo w piątek Maciuś zaczął kaszleć. Gardło ma w porządku, osłuchowo bez zmian, nie ma gorączki i nie wygląda żeby coś mu się działo - więc może nic się nie wykluje i zabieg się odbędzie. Na razie się inhalujemy i czekamy. Aha, no i mamy przerwę w chemii - transaminazy poskoczyły (jedna z nich do 250).

Oczywiście czekamy też na Mikołaja. A on już tuż, tuż....Byliście grzeczni?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz