czwartek, 1 marca 2012

Meldujemy się


Jest dobrze. Idzie wiosna. Infekcje zimowe chyba wreszcie się skończyły i  Maciuś wrócił dzisiaj do przedszkola. Ale po kolei.

W styczniu mieliśmy planową wizytę na oddziale dziennym na Litewskiej. Maciek miał kontrolną biopsję szpiku i różne inne badania. Ich wyniki były dobre. I na koniec Pani Doktor z tym upragnionym: "Możecie iść do domu. Proszę nie dawać dziecku żadnych leków". I już. Ulga w sercu, pustka w głowie, wielka radość i odrobina zagubienia - no bo co dalej, a jeśli zachoruje, a jeśli... i tym podobne pytania. Wiele pytań. Moja paranoja nie słabnie. Ale ogarnę się w końcu, obiecuję (a przynajmniej spróbuję...). Wizytę w przychodni mamy za 3 miesiące czyli w kwietniu. Maciek ma nie być kłuty, badanie (morfologię) trzeba zrobić dopiero przed samą wizytą. To jest fantastyczna wiadomość, bo Maciusiowe żyły wreszcie odpoczną.

Potem zaczął się luty. I infekcje. Maciek prawie w ogóle nie był w przedszkolu w tym miesiącu. Najpierw kaszlał. Potem pojawiły się skargi na ból brzucha, trochę wymiotów a w końcu zaczął się intensywnie drapać po całym ciele (wyglądał jakby ukąsiło go gigantyczne stado komarów). Podobno była to taka ostra pokrzywka i/lub jakiś nieżyt żołądka. Kosztowało nas to sporo stresu, bo na drugi dzień, ciągle czerwony, drapiący się  i mówiący o bolącym brzuchu Maciek przestał jeść, pić, siusiać, biegać, uśmiechać się; cały czas przytulał się do mnie, zasypiał w pół słowa. Dokładnie tak jak przy obniżonej hemoglobinie  - miałam czarne myśli, naprawdę... Rano zrobiliśmy mu badania (trzeba było kłuć, niestety) a ich wyniki okazały się naprawdę niezłe, choć wskazywały na jakąś infekcję wirusową. Hemoglobina była nawet powyżej normy - przy takim wyniku Maciek powinien skakać po ścianach, a nie leżeć jak dętka. Ostatecznie - trafiliśmy do szpitala (Bielańskiego), gdzie spędziliśmy 2 doby. Maciek został nawodniony, dostał leki przeciwuczuleniowe i doszedł do siebie.  Wróciliśmy do domu gdzie po 3 dniach znowu się zaczęło - kaszel, gorączka, ropny nalot na migdałkach i - antybiotyk.Inhalacje. Siedzenie w domu.  Uff........Dobrze, że to już przeszło. Udało się. Na razie jesteśmy zdrowi.
Jest dobrze.
Trzymajcie się

2 komentarze:

  1. O rany... :(. Wy to naprawdę nie macie lekko :/. Dobrze, że ze szpikiem good - teraz już mam nadzieję będzie z górki.
    Lena dla odmiany zaczęła kuleć po feriach, co mnie przeraziło śmiertelnie, a okazało się być zapaleniem stawu biodrowego :/
    Chyba tak to już z nami będzie, że każda tego typu historia będzie nas przyprawiać o palpitacje serca. Damy radę , nie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musimy dać radę, innej opcji nie ma :)

      Napisałam wyżej - "na razie jesteśmy zdrowi". "Na razie" trwało kilka dni. Maciek znowu kaszle. Kuba zresztą też. Na szczęście to tylko wirus. Siedzimy jednak w domu, chłopcy szaleją (bo czują się już nieźle), ja dogorywam (też coś złapałam...),Robert też jest przeziębiony...

      Byle do wiosny, naprawdę...

      Usuń